Sylwetki dwóch sióstr: Jadwigi (Alojzy) Gano oraz Marii (Andrzei) Ossakowskiej – Męczenniczek za wiarę ze Zgromadzenia Córek Najczystszego Serca Najświętszej Maryi Panny

SIOSTRA JADWIGA (ALOJZA GANO)

Urodziła się w Moskwie 10 października 1910 roku, jako córka Ludwika i Jadwigi z domu Rajner.
Polska, katolicka rodzina Ganów podzieliła los wielu Polaków zesłanych w syberyjskie łagry. Ojciec jako urzędnik państwowy został zesłany na Syberię. Rodzice Jadwigi i starszy brat Władysław dotarli do Sludzianki nad Bajkałem. Ojciec podjął pracę na kolei. Był maszynistą pociągów pospiesznych. Matka zajmowała się domem. 
Na Syberię już w 1908 roku na prośbę Ojca Honorata przybyły Siostry Sercanki. W Irkucku, zwanym „perłą Syberii”, prowadziły zakład wychowawczy dla sierot. W gronie wychowanek była Jadwiga Gano. Mieszkała w Internacie i uczęszczała do Gimnazjum. Zdobyła średnie wykształcenie, tzw. „dużą maturę”. 
Jadwiga odznaczała się inteligencją i pobożnością. Zdawała sobie sprawę z sytuacji rodziców, którzy zmuszeni byli żyć na Syberii. Mimo sprzeciwu ojca w 1921 roku wstąpiła w Irkucku do Zgromadzenia. Tam odbywała postulat, pracując w Sierocińcu jako wychowawczyni. W rok później przyjechała z siostrami do Polski.
W Nowym Mieście została przyjęta do nowicjatu i otrzymała zakonne imię Alojza. Po rocznej formacji w nowicjacie dn. 04.07.1924 roku złożyła profesję zakonną, a w 1928 roku śluby wieczyste.
Jako młoda profeska przez 2 lata była wychowawczynią w Szkole Podstawowej przy ul. Czerniakowskiej w Warszawie. Wówczas zdobyła dyplom wychowawczyni, firmowany przez Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej. Przez co uzyskała pełne uprawnienia do pracy pedagogicznej. Kontynuowała ją jako wychowawczyni w sierocińcu w Swisłoczy i w Siedlcach. 
W 1932 roku pracowała w księgarni w Łomży, o czym świadczy fragment jej listu do M. Izabeli Moller: „W sklepie pracy teraz niedużo. Mogę więcej zajmować się ręczną robotą”.
Tegoż roku, odpowiadając na apel holenderskiego kapucyna O. Cyryla Gondulfa Fermonta i Przełożonej Generalnej Zgromadzenia Matki Elizy Gołębiowskiej zgłosiła się do pracy misyjnej wśród Unitów na Polesiu, w Diecezji Pińskiej. Przyjęła wschodni obrządek i w 1933 roku wraz z innymi siostrami przyjechała do Lubieszowa. 
W Lubieszowie siostra Jadwiga, jako przełożona domu, wykazała wielkie zdolności organizacyjne i niespożytą energię. Rozbudowała dom mieszkalny dla sióstr i założyła gospodarstwo. Siostry utrzymywały się z pracy na polu i z gospodarstwa. „Siostra Przełożona jest bardzo pracowitą. Krząta się przy garnkach, gotuje obiad”, czytamy w Kronice Domu. 
O poczuciu odpowiedzialności świadczy fragment jej listu z 1935 roku. Pisała: „Wiele mi dał Pan, bo to wszystko Jego. Jestem niczym i nic nie posiadam. Jakie to dziwne – nic nie posiadająca i sama błądząca wysłuchuje i musi uczyć lepszych od siebie”.
Siostra Jadwiga przyjęła pod opiekę 15 dziewczynek w wieku od 4-12 lat. Był to sierociniec dla dzieci unickich. Sama pełniła obowiązki kierowniczki. Darzyła siostry i dzieci matczyną opieką, mimo swego gwałtownego charakteru, którego była świadoma i nad którym starała się nieustannie pracować. „Lecz taką naturę dał mi Pan i to jest naprawdę moja pokuta do śmierci” pisała w liście w 1935 r.
Po spaleniu siostra Jadwiga odesłała siostry do Pińska, a sama zajęła się odbudową. Towarzyszyły Jej głęboka wiara i ufność w Opatrzność Bożą. Wymownym świadectwem są słowa w jednym z Jej listów z 1936 roku. Pisała: „Codziennie gwałtujemy do naszych Opiekunów Niebieskich, szczególnie Opatrzności Bożej i św. Józefa”.
Siostra Jadwiga jako przełożona była zatroskana o dobro sióstr „Tak bym chciała, by siostry z Lubieszowa były naprawdę siostrami dobrymi. (...) By się trzymały swoich modlitw, zaś by były na wspólnych Mszach św. w Kaplicy”, pisała w liście w 1935 r. 
Starała się łączyć obie wspólnoty zapraszając na uroczystości do Lubieszowa. Cytuję: „6 stycznia tj. w dzień wigilii Bożego Narodzenia, według kalendarza starego, na wezwanie siostry przełożonej (...) jedziemy do Lubieszowa. (...) Po przełamaniu się opłatkiem i prosforą z ojcem Kapucynem na czele, zasiedliśmy do wigilijnego stołu. Nie duże było nasze grono. Składało się z 9 sióstr i 13-ga dzieci i ojciec kapucyn” (Kronika Domu w Lubieszowie i Uhryniczach).
„Staraniem siostry przełożonej stanęła w Lubieszowie murowana obora, a przy tym studnia została przeniesiona w lepsze miejsce. Cóż z tego kiedy siostry nie długo korzystały z tej obory, wojna wszystkiemu położyła kres” (Z kroniki domu).
Siostra Jadwiga Gano była osobą bardzo przystojną, ale zdrapała małą krostę w okolicy nosa, która przemieniła się w „wilka” i zeszpeciła Jej twarz. Nie pomogły leki, tę chorobę przyjmowała z pokorą serca, w duchu wiary. Cytuję: „Oszpecił mię Pan Bóg, abym się nie pyszniła swoją urodą”, zapisała. 
W lipcu 1939 r., komisja rządowa z Kamienia Koszyrskiego zapieczętowała prywatną kaplicę z Przenajświętszym Sakramentem w Uhryniczach i tak trwało do końca sierpnia 1939 r. Bardzo niewdzięczna i niezrozumiana była misyjna praca sióstr w Lubieszowie i Uhryniczach. „Była to siejba łzami, krwią zbroczona”, zapisała we wspomnieniach S. Róża- Kazimiera Kraciuk. 
Wybuch II wojny światowej sparaliżował pracę misyjną sióstr w Lubieszowie i Sióstr w Uhryniczach. 1 września 1939 roku, s. Jadwiga udzieliła siostrom posłuszeństwa, wypowiadając przy tym znamienne słowa: „Wybuchła wojna, w ciągu której popadniemy może nawet do długiej niewoli”. Dla sióstr, przyszły bardzo ciężkie doświadczenia. Niemcy bombardowali Polesie. W połowie września, wkroczyły wojska radzieckie. Zaczęły się rewizje. 
W 1940 r. Inspektorat Szkolny zatrudnił w sierocińcu w Lubieszowie prawosławną kierowniczkę z Kamienia Koszyrskiego. Początkowo siostry żywiły nadzieję, że powrócą jeszcze do pracy w charyzmacie Zgromadzenia. 
W „Kronice Domu w Lubieszowie i Uhryniczach”, widnieją słowa: „Przed jej przyjazdem władze miejscowe zawiadomiły siostrę przełożoną, że wszystko będzie spisane jako podlegające pod Państwo. (...) Siostra przełożona rozesłała siostry do rodzinnych domów. Została s. Andrzeja Ossakowska. Zaczęło się nowe życie. W pierwszym rzędzie kaplicę zlikwidowano. (...) Dziećmi zajęła się ta kierowniczka i już nie miały obowiązku słuchać sióstr. (...) Siostrze przełożonej i s. Andrzei ciężko było to przeżyć, patrząc jak krwawą pracą nabyte rzeczy, ktoś sobie przywłaszcza i tym wszystkim rozporządza”. 
S. Jadwiga Gano i s. Andrzeja Ossakowska wykonywały jedynie w sierocińcu prace służebne i zlecone przez kierowniczkę: sprzątanie, bielenie domu, generalne pranie, przygotowanie zapasów: wyrób wędlin, czy wypiek chleba. 
W połowie stycznia 1941 r. siostry musiały definitywnie opuścić dom. Zlikwidowano kaplicę. Zabrano cały majątek. S. Jadwiga przewidując rozproszenie, zaopatrzyła siostry w ciepłą odzież. Sama nie opuściła Lubieszowa. W niedługim czasie dzieci z sierocińca zostały rozesłane po rodzinach, a dom sióstr zajął „wojenny komitet”.
S. Jadwiga rugowana całkowicie z pracy wychowawczej i z domu, zamieszkała w wynajętym pokoju wraz z s. Andrzeją Ossakowską, która pozostała by towarzyszyć siostrze przełożonej. Po pewnym czasie obie siostry podjęły pracę w szpitalu. Kilkakrotnie zmieniały miejsce zamieszkania. 
Po wkroczeniu do Lubieszowa wojsk niemieckich, siostry Jadwiga i Andrzeja wróciły do swego domu. Praca misyjna ustała prawie zupełnie. Coraz częściej dochodziło do zamieszek między ludnością polską, a ukraińską. Dla s. Jadwigi zbliżał się czas, wypełnienia ofiary z życia. Jeszcze w 1932 roku w liście do M. Izabelli Moller pisała: „Matuś, czy ja Go ukocham tak, jak tego On pragnie? Czy zdołam wynagrodzić tę sromotę Krzyżową? Czy dojdę z Jezusem, aż do Kalwarii i pozostanę z Nim w grobie do śmierci?”. 
Spełniły się Jej pragnienia okazania wielkiej miłości Jezusowi i dojścia z Nim, aż na Kalwarię. Przyszedł decydujący moment. W 1943 roku, przyszli do Lubieszowa Ukraińcy i przy pomocy Niemców chcieli stworzyć niepodległą Ukrainę. Ojców Kapucynów rozpędzili, Kościół zamienili na magazyn zbożowy, a klasztor na sąd i szkołę. Mordowali Polaków, a nawet palili ich żywcem, czego doświadczył Lubieszów pamiętnego dnia 15 kwietnia 1943 roku. Wówczas prawosławne duchowieństwo Lubieszowa chciało nawrócić unitów. Zamieszki religijne sprawiły, że Siostra Jadwiga Gano otrzymała do wyboru zaparcie się religii katolickiej i przyjęcie prawosławia albo śmierć. Wybrała to drugie – męczeńską śmierć za wiarę katolicką. 
Dnia 15 kwietnia 1943 roku w drewnianym baraku zgromadzono ok. 150 unitów. W tym też gronie była siostra Jadwiga Gano wraz z siostrą Andrzeją Ossakowską. Prawosławni popi z ludnością miejscową przyszli z Krzyżem i chorągwiami. Wówczas proponowano nawrócenie się na prawosławie i przyjęcie go przez publiczne wyrzeczenie się wiary katolickiej. Tym też zapewniano uwolnienie i darowanie życia. Trwającym w wierze katolickiej i w unii grożono spaleniem. Kilkanaście osób wyszło zdradzając wiarę. Siostra Jadwiga uspokajając internowanych ludzi, do ostatniej chwili podtrzymywała na duchu i zachęcała do wytrwania w wierze katolickiej i ofiarowania życia Bogu przez Maryję. Budynek został obłożony słomą i podpalony. Wówczas słychać było: modlitwy, śpiew „Te Deum” i pieśni religijne. 
O Anioł Dąbrowski, kapucyn, który pracował w obrządku wschodnim poza Lubieszowem, tak opisał to zdarzenie, na podstawie zeznań naocznego świadka: „W Lubieszowie Ukraińcy zebrali wszystkich Polaków miejscowych i dwie nasze siostry: Jadwigę i Andrzeję. Podpalili ich żywcem. Powstał krzyk rozpaczy. I tu siostry bohaterki uspokajały wszystkich, wzywając, by swoje męczeńskie życie ochotnie oddali Bogu przez Maryję. Zaśpiewały przez łzy, „Serdeczna Matko” i „Święty Boże”. Obie siostry uspokajały towarzyszy męczeństwa i śpiewały pieśni religijne wśród straszliwych płomieni ognia. Między tymi męczennikami był chłopiec 14-sto letni z kolonii Horomeczko pod Lubieszowem, który wyskoczył ze strychu palącego się domu i uciekł. Od niego pochodzą szczegóły o dokonanym mordzie i poniesionym przez Polaków męczeństwie”. 
S. Jadwiga Gano zmarła śmiercią męczeńską 15.04.1943 roku w wieku 33 lat. Spalona żywcem w Lubieszowie, stała się prawdziwą męczennicą. Jej męczeńska śmierć była wyrazem wielkiej miłości do Chrystusa. Głęboka wiara i ufność do Jezusa i Maryi przejawiała się u niej na co dzień. Fragment listu z 1932 roku świadczy jak bardzo Jezus kształtował Jej życie i był Jej jedyną wartością. Oto jego treść: „To jest moja jedyna pociecha, Jezus wie jaką jestem, wie do czego dążę i gdy gniewać się będzie, odwróci się od tej nicości, to co się z nią stanie? ... A więc Jezus musi pilnować, musi prowadzić, bo wie, że bez Niego dusza moja nie może Go kochać i wielbić. Tak Matuś, jestem szczęśliwa swoją nicością i właśnie upadkami kocham Jezusa i Maryję nad życie”. 
Miłość do Jezusa Eucharystycznego przepełniała Jej serce, streszczona choćby w tym krótkim zdaniu. Cytuję: „Modlę się stale codziennie, a rano spotykamy się u stóp Tabernakulum czyli Jezusa” (List z 05.10.1932 r.). Zachowane, krótkie myśli świadczą jak Jezus prowadził, umacniał i przygotowywał siostrę Jadwigę do wytrwania w godzinie próby. Pisała: „Choć fizycznie jestem jak połamana, lecz moralnie Jezus łaską swoją trzyma przy sobie” (List 1932 r.).
Siostra Jadwiga umiała też cieszyć się radością innych. Wymownym świadectwem są słowa z jej listu z 1932 roku. Cytuję: „Przy sposobności proszę przesłać Siostrze Gierardzie moją radość z powodu jej radości i że się modlę”.
Jak bardzo ceniła swoje zakonne powołanie i Zgromadzenie dowodzi fragment Jej listu pisany w Łomży w 1932 roku. Oto jego treść: „Zbliża się 8 grudnia, dzień w którym Matuchna przyjęła mnie już oficjalnie do naszego kochanego Zgromadzenia, ten dzień chcę spędzić w ciszy na reperacji, by podziękować Bogu za łaskę powołania i wytrwanie w nim do śmierci”. 
Siostra Jadwiga pozostała wierną służebnicą Pana, aż po ofiarę z życia. Zdawała sobie sprawę, że życie jest usłane cierpieniem. Krzyż uważała za dar od Jezusa. W 1932 roku w liście do Matki Izabeli Moller pisała: „Kogo Jezus kocha, temu krzyże zsyła, lecz nie są to krzyże, lecz klejnoty drogocenne, które ocenimy dopiero w przyszłym życiu. (...) Pomimo niedomagania, coraz to gorszego, fizycznego dziwne uczucie radości i szczęścia ogarnia duszę, że jestem Jego niepodzielną własnością i że mogę nawet cierpieć dla Niego. (...) Szczęście to kryje się gdzieś w głębi, o którym się nie mówi, lecz tylko się odczuwa. Szczęśliwa jestem, tak Matuś szczęśliwa, że jestem w Zgromadzeniu i że tyle już przeszłam, a może jeszcze więcej Jezus karze znieść i wierzę, że zniosę, bo Jezus chce tego i zniesie ze mną razem, choć natura będzie się szamotać i wyrywać, a bunt trwać będzie aż do śmierci”. 

SIOSTRA MARIA (ANDRZEJA) OSSAKOWSKA

Córka Joachima i Rozalii przyszła na świat 14 października 1901 roku, w Kowlu na Wołyniu. Po śmierci ojca, jako 13-sto letnia dziewczyna, została oddana przez matkę do Zakładu prowadzonego przez nasze siostry w Kijowie. Tam ukończyła szkołę podstawową i 4-ro klasowe gimnazjum. W uzyskanym zawodzie krawieckim wykazywała duże zdolności w zakresie hafciarstwa i bieliźniarstwa. W 1920 roku wstąpiła w Kijowie do Zgromadzenia i tam odbyła postulat. Nowicjat rozpoczęła w Nowym Mieście nad Pilicą, dn. 8 września 1922 roku, z zakonnym imieniem Andrzeja. Tu 9 września 1923 roku złożyła Profesję zakonną, a 3 czerwca 1928 roku śluby wieczyste.
Po ślubach pracowała w Warszawie, Skórcu, Swisłoczy, Siedlcach przy obowiązku wychowawczyni, czy westiarki zakładowej. Tak Bóg chciał, że na placówkach spotkała s. Jadwigę Gano, z którą żyła w serdecznej przyjaźni. Darzyła ją zaufaniem i za jej przykładem zgłosiła się do pracy misyjnej. Przyjęła wschodni obrządek i w 1933 roku, razem z s. Jadwigą Gano wyjechała do Lubieszowa. 
S. Maria Andrzeja pracowała jako wychowawczyni w sierocińcu dla dziewcząt unickich. Prowadziła 6 ha gospodarstwo. Była doradczynią przełożonej domu – s. Jadwigi Gano, z którą doskonale rozumiały się i wzajemnie uzupełniały. Prowadząc działalność misyjną po domach, opiekowała się zaniedbanymi rodzinami. Wszystko czyniła z wielką delikatnością i miłością. 
W Lubieszowie zastała Ją II wojna światowa. Już na początku września 1939 roku, razem z innymi Siostrami została wysiedlona z domu. Siostry młode wyjechały do innych placówek na wschodzie. S. Andrzeja pozostała, by towarzyszyć siostrze przełożonej. Pozbawiona pracy wychowawczej w sierocińcu i pracy misyjnej po domach, przez pewien okres czasu pracowała jako kucharka i praczka. Później szyła ludziom, by zarobić na utrzymanie. 
Po wkroczeniu do Lubieszowa wojsk niemieckich podjęła pracę w szpitalu. Coraz bardziej nasilały się prześladowania Polaków przez Ukraińców. Dokonywano masowych mordów na ludności polskiej.
S. Andrzeja już w roku 1936 pisała do Matki Generalnej: „Chyba nigdy nie zdobędę się na prawdziwą i szczerą ofiarę, ręce mam puste i zasługi żadnej, tak mnie to męczy i martwi”. Nadszedł upragniony moment złożenia tej „prawdziwej i szczerej ofiary”. Przyszła decydująca chwila w życiu. W dniu 15.04.1943 roku w Lubieszowie trzeba było wybierać - zaparcie się wiary katolickiej albo śmierć. S. Maria Andrzeja Ossakowska wybrała śmierć. W podpalonym przez bandy ukraińskie budynku trwała na nieustannej modlitwie, prosząc Boga o wytrwanie dla wszystkich męczenników za wiarę. Razem z s. Jadwigą Gano i ok. 150 innymi osobami, współrodakami i braćmi w wierze, poniosła śmierć męczeńską. Została spalona żywcem 15 kwietnia 1943 roku. 

Ojciec Ambroży Jastrzębski, kapucyn w swojej broszurce "O Męczennikach z Lubieszowa" tak to ujmuje: „W 1943 r. Ukraińcy chcieli przy pomocy Niemiec stworzyć niepodległą Ukrainę. Mordowali Polaków, a nawet palili ich żywcem, czego doświadczył Lubieszów pamiętnego dnia 15.IV.1943 r., w którym spalili wielu Polaków miejscowych wraz z zakonnymi siostrami wspomagającymi misję kapucyńską”.
Ojciec Święty Jan Paweł II, w Adhortacji „Ecclesia in Europa” pisze: „Męczennicy bowiem głoszą tę Ewangelię i dają jej świadectwo swym życiem, aż do przelania krwi”. Te słowa Ojca Świętego Jana Pawła II zrealizowały się w życiu siostry Jadwigi i siostry Andrzei. Spalone żywcem, otrzymały palmę męczeństwa za wiarę i Ojczyznę. Świadectwo ich chrześcijańskiej wiary stało się największym owocem Ofiary Chrystusa. W Zgromadzeniu stały się wymownym znakiem największego wyrazu miłości i służby drugiemu człowiekowi. Pozostawiły świadectwo, że Jezus jest Panem i Zbawicielem, że w Nim jest pełnia życia.